Zapadał wieczór. Dzień był gorący i leniwy, za to noc zapowiadała się trochę chłodniejsza. Mały wietrzyk rozwiewał mi futro, było to przyjemne. Przycupnęłam chwilę, po czym spojrzałam na zachodzące słońce. Niebo było pomarańczowe bez żadnej chmurki. Szłam wzdłuż ścieżki wydeptanej przez zwierzęta. Nie było widać ani jednej zwierzyny.
Wokoło zaczęła się robić coraz ciemniej, a na niebie pojawiały się pierwsze gwiazdy. Księżyc wznosił się coraz wyżej, nad horyzont. Zatrzymałam się na małej polance. Była to kwiecista łąka. Tylko na jej uboczu rósł potężny dąb olbrzymich rozmiarów. Podeszłam do drzewa i usiadłam przy jednym z wystawających z ziemi korzeni. Spojrzałam w górę i zaczęłam błądzić wzrokiem po niebie. Chwilę po tym usłyszałam szelest liści. Wzdrygnęłam się i wstałam. Rozglądałam się na wszystkie strony, ale nikogo nie widziałam. Odgłos szelestu był coraz głośniejszy.
- Wyjdź! - zawołałam - Słyszę, że tu jesteś!
< ktoś? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz